Posted On: wtorek, Marzec 2nd, 2010 at 21:48
Podróżowały zatem zgodnie ze wskazówkami właściciela restauracji, który uważał, że ma pojęcie ciut mniej niż mgliste na temat położenia Midian. Wskazówki były dobre. Marszruta prowadziła do Shere Neck, które okazało się miastem większym niż oczekiwała Lori, a potem nie oznakowaną drogą, w teorii prowadzącą do Midian.
- Po co tam jedziecie? – chciał wiedzieć właściciel restauracji. – Nikt już tam nie jeździ. To puste miasto.
- Piszę artykuł o gorączce złota – odparła Sheryl, kłamiąc jak z nut. – A ona jest turystką.
- Może i da się coś zwiedzić – brzmiała odpowiedź.
Ta ironiczna uwaga, bliższa była prawdzie, niż sądził ich rozmówca. Późnym popołudniem światło złociło się na żwirowej drodze, kiedy ujrzały miasto, a dopóki nie znalazły się na jego ulicach, były pewne, że to nie to miejsce, bo czyż jakieś miasto-widmo wygląda równie zapraszająco? Wraz z zachodem słońca to wrażenie jednak znikło. W opuszczonych domach kryło się coś beznadziejnego, lecz właściwie widok był przygnębiający, ale ani trochę nie niesamowity. Pierwsza myśl Lori po przyjeździe: dlaczego Boone tu przyjechał?
A druga:
- Nie przybył tu z własnej woli. Gonili go. To przypadek, że w ogóle się tu znalazł.
Zaparkowały samochód pośrodku głównej ulicy, jedynej, jeżeli w ogóle uznać ją za ulicę.
- Nie trzeba zamykać – stwierdziła Sheryl. – Nikt przecież nie przyjdzie go ukraść.
Teraz, gdy już tu dotarły, Lori jeszcze bardziej cieszyła się z towarzystwa Sheryl. Jej werwa i dobry humor rzucały wyzwanie temu posępnemu miejscu i odstraszały to, co mogło je nawiedzić.
Duchy da się pokonać śmiechem; zwalczyć przygnębienie – o wiele trudniej. Po raz pierwszy, odkąd zadzwonił do niej Decker, poczuła nadciągającą żałobę. Z łatwością wyobrażała sobie Boone’a tutaj, samotnego i zagubionego, wiedzącego, że prześladowcy nadciągają.
Categories: anielskie, daj mi chwile