Posted On: wtorek, Marzec 2nd, 2010 at 21:51
Jeszcze łatwiej przyszło jej znaleźć miejsce, gdzie go zastrzelili. Dziury po kulach, które chybiły, zostały obwiedzione kredą; plamy i bryzgi krwi wsiąkły w deski werandy. Stała niedaleko tego miejsca przez kilka minut, niezdolna, by się zbliżyć i zarazem niezdolna, by odejść. Sheryl wycofała się taktownie, nikt więc nie odrywał jej zahipnotyzowanego wzroku od widoku łoża śmierci Boone’a.
Zawsze jej będzie go brakowało. A jednak nie płakała. Może wyszlochała już łzy w łazience w restauracji. Czuła natomiast, jak jej tęsknotę podsyca tajemnica: w jaki sposób mężczyzna, którego znała i kochała – czy też kochała i sądziła, że zna – mógł tutaj zginąć w następstwie zbrodnii, o którą nigdy by go nie podejrzewała. Może wściekała się na niego i to powstrzymywało łzy; świadoma, że pomimo ich miłości tak wiele przed nią ukrywał, a teraz nawet nie mogła domagać się wyjaśnień. Czy nie mógł zostawić przynajmniej jakiegoś znaku? Zauważyła, że gapi się na plamy krwi i zastanawia się, czy czyjś ostrzejszy wzrok mógłby odczytać z nich jakiś sens. Gdyby wróżyć z fusów po kawie, z pewnością ostatni ślad zostawiony przez Boone’a miał jakieś znaczenie. Ale ona nie była wróżbitką. Znaki, to tylko część nie rozwiązanej zagadki, zasadnicza część; uczucie kazało wypowiedzieć jej na głos, gdy tak stała przy schodach, słowa:
- Wciąż cię kocham, Boone.
To dopiero zagadka; pomimo gniewu i szoku oddałaby życie, które jej jeszcze pozostało, za to, by ujrzeć, jak on wychodzi teraz przez drzwi i obejmuje ją.
Nie otrzymała jednak żadnej odpowiedzi, choćby pośredniej. Nie poczuła oddechu żadnego ducha na policzku, żadnego westchnienia w swoim wnętrzu. Jeśli Boone obecny był tu wciąż w jakiejś formie, to zachował milczenie i nie oddychał; śmierć nie uwolniła go, lecz uczyniła swoim więźniem.
Ktoś wymówił jej imię. Podniosła wzrok.
- … nie sądzisz? – mówiła Sheryl.
- Słucham?
- Czas na nas – powtórzyła Sheryl. – Nie sądzisz, że czas jechać?
- Ach.
- Chyba nie masz mi za złe, że to mówię? Wyglądasz jak wypluta.
- Dziękuję.
Lori wyciągnęła rękę, szukając uspokojenia. Sheryl uścisnęła ją.
- Widziałaś już co trzeba, kochanie – stwierdziła.
Categories: daj mi chwile, nie tego chce